Chiny

Wiemy, że nic nie wiemy

16 lutego 2019/Chiny

Czę­sto ludzie u któ­rych się zatrzy­mu­jemy mają mapy świata powie­szone na ścia­nie, a ich kraje umiesz­czone są w cen­tral­nym miej­scu. Bar­dzo lubimy na nie patrzeć. To inne mapy niż te, do któ­rych przy­wy­kli­śmy. Chiny roz­py­chają się na środku, spy­cha­jąc na bok i nie­na­tu­ral­nie defor­mu­jąc inne kraje i kon­ty­nenty. Kraj jest olbrzymi i róż­no­rodny. Tysiące kilo­me­trów kwa­dra­to­wych powierzchni, tysiące metrów wyso­ko­ści. Dzie­więć gór wystaje ponad 8 tysięcy metrów, ponad tybe­tań­skim pła­sko­wy­żem i pusty­nią Gobi, aby potem stop­niowo ześli­zgnąć się do morza. Oczy­wi­ście nie jed­nego tylko dwóch. Nie­zli­czone gatunki roślin i zwie­rząt ade­kwat­nych do każ­dej strefy kli­ma­tycz­nej. A to wszystko prze­tkane ponad bilio­nem Chiń­czy­ków. Żeby jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wać – nie Chiń­czy­ków a pięć­dzie­się­cioma sze­ścioma ofi­cjal­nie uzna­nymi gru­pami etnicz­nymi róż­nią­cymi się prak­tycz­nie wszyst­kim. Kuch­nią, stro­jem, tra­dy­cjami i języ­kiem.

Chiń­ski cen­tralny rząd nie ma łatwego zada­nia w zarzą­dza­niu taką róż­no­rod­no­ścią. Aby uła­twić sobie sprawę całe to bogac­two zostało spro­wa­dzone do jed­nego mia­now­nika. Czas jest wyzna­czony przez jedną strefę cza­sową a ludzie masowo wpa­so­wy­wani są do jed­nej matrycy: „oby­wa­tela chiń­skiego”.

Pierw­szego poranka w Chi­nach budzi nas rado­sna pio­senka. Coś brzmią­cego jak socja­li­styczny marsz. Tylko czy to na pewno jest pora­nek? Jest 9 rano a za oknami totalna ciem­ność. Jest gru­dzień, jeste­śmy w Urum­czi, naj­więk­szym mie­ście na pół­nocy Chin, zbu­do­wa­nym pośrodku pustyni Gobi. Wyglą­damy przez okno. Na dużym placu, czę­ściowo zasy­pa­nym śnie­giem, spo­wi­tym dymem z kotłowni, gro­ma­dzą się ucznio­wie. Zimowy, surowy pej­zaż placu szko­lengo został upstrzony kolo­ro­wymi mun­dur­kami uczniów. Wszy­scy wyglą­dają tak samo, usta­wiają się w rzę­dach, pio­senka do roz­grzewki nie­ustan­nie gra z gło­śni­ków. To nasze pierw­sze spo­tka­nie z Chiń­ską szkołą.

Póź­niej zosta­niemy nawet zapro­szeni do środka, zoba­czymy klasy miesz­czące od 40 do 60 uczniów. Wszy­scy będą mono­ton­nie powta­rzać, albo uda­wać, że mówią, te same angiel­skie zwroty. Dostaną masę zadań domo­wych i spę­dzą wie­czór na ich odra­bia­niu, aby rano zacząć kolejny dzień. I tak sześć dni w tygo­dniu spę­dzą w szkole. Nie ma prze­strzeni na kre­atyw­ność, hobby i wizjo­ner­stwo. Czas uczniów jest w pełni zagra­biony przez sys­tem edu­ka­cji. A ten osta­tecz­nie wydaje nam się total­nie nie efek­tywny. Rzadko spo­tkamy Chiń­czyka umie­ją­cego powie­dzieć wię­cej niż „Hello”. To pierw­szy krok do stwo­rze­nia pra­co­wi­tego chiń­skiego oby­wa­tela.

Prze­jeż­dżamy kilka tysięcy kilo­me­trów na rowe­rach. Po dro­dze mijamy małe, zapusz­czone wsie jak i olbrzy­mie mia­sta. Jedno co trzeba przy­znać; Chiń­czycy są bar­dzo pra­co­wici. Są nie­ustan­nie w ruchu, z narzę­dziem pracy w ręku, tele­fo­nem, w wirze roz­mowy. To, co wywarło na nas naj­więk­sze wra­że­nie, to brak podziału na prace żeń­skie i męskie. Kobiety wyko­nu­jące ciężką pracę fizyczną, spa­wa­jące albo wymie­nia­jące koła w cię­ża­rów­kach oka­zały się codzien­no­ścią. Jakby zostały oży­wione z pro­pa­gan­do­wych pla­ka­tów. Wszy­scy pra­cują na dobro­byt kraju, dla każ­dego znaj­dzie się zaję­cie. Może wła­śnie tutaj inten­sywny sys­tem edu­ka­cji speł­nia swoją rolę. Pytani przez nas Chiń­czycy oka­zali się bar­dzo dumni ze swo­jego kraju. Kraju, który prze­szedł dużą meta­mor­fozę. Od rady­kal­nego i peł­nego ter­roru komu­ni­zmu do cen­tral­nie ste­ro­wa­nego kapi­ta­li­zmu. Przez lata Chiny sta­no­wiły tanią fabrykę dla boga­tej Europy i Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Jed­nak nie zmar­no­wały tego czasu. Po cichu, mon­tu­jąc samo­chody czy tele­fony komór­kowe uczyły się, aby stwo­rzyć swoje odpo­wied­niki. Teraz po uli­cach Chin śmi­gają samo­chody tajem­ni­czo brzmią­cych marek jak Trump­chi czy Haval. A nowe poko­le­nie Chiń­czy­ków, nawet kupu­jąc pie­rożki na ulicz­nym stra­ga­nie, zapłaci za wszystko ska­nu­jąc kody kre­skowe tele­fo­nami: Honor, Vivo czy Xia­omi. Ta ekpan­sja i wzrost bogac­twa jest wizy­tówką dużych miast. Chiń­czycy lubią posia­dać. Może jest to głód pry­wat­no­ści, spu­ści­zna po komu­ni­zmie. Tak wypada, tak robią inni.

Poznana przez nas Kim, wykła­dow­czyni kul­ty­wa­cji ryżu w kole­dżu w Huaichua, gości nas w swoim czte­ro­po­ko­jo­wym apar­ta­men­cie. Mieszka tu sama, nie­dawno się wpro­wa­dziła. Mieszka na 17-stym pię­trze, choć zależy jak liczyć, bo 4-tego, pecho­wego pię­tra nie ma. W jej miesz­ka­niu nie ma też ogrze­wa­nia, więc tem­pe­ra­tura w środku wynosi nie­wiele ponad 0 stopni. Na szczę­ście przed dużym tele­wi­zo­rem jest usta­wione coś na kształt drew­nia­nej, elek­trycz­nej trumny, w któ­rej można usiąść, okryć się grubą koł­drą i tak powoli się ogrzać. Przez kilka dni, które spę­dzamy u Kim, zaja­damy typowe jedze­nie na zimę; hot-pot’a. W elek­trycz­nym garnku, usta­wio­nym na stole, gotują się różne warzywa, grzyby i mięso. Regu­lar­nie dokła­damy sobie gorące skład­niki do miseczki ryżu. Dodat­kowo roz­grzewa nas solidna ilość chili dodana do jedze­nia. Kim przy­znaje się, że ma jesz­cze jedno miesz­ka­nie. Kupiła je, ale teraz żałuje, bo stoi puste, a co zarobi prze­zna­cza na ratę w banku i czynsz. Może kie­dyś je wynaj­mie, ale na razie nie ma pie­nię­dzy na meble.

Moment, kiedy wjeż­dżamy do mia­sta był zawsze dla nas oczy­wi­sty. Zwy­kła droga z poje­dyn­czymi pasami ruchu nagle prze­kształ­cała się w wie­lo­pa­smową drogę, z wydzie­lo­nymi pasami dla auto­bu­sów, pojaz­dów wol­nych, sku­te­rów, rowe­rów i pie­szych. Na kolej­nych skrzy­żo­wa­niach prze­ci­namy ana­lo­giczne drogi. Ale było to tylko morze asfaltu. Nie wystar­czyło ani samo­cho­dów, ani pie­szych a tym bar­dziej budyn­ków, aby tę siatkę wypeł­nić. Smutny to widok, mia­sto które dopiero czeka, aż sta­nie się mia­stem. Tak jakby ktoś, daleko w Peki­nie, okre­ślił współ­czyn­nik roz­woju i przy­ro­stu natu­ral­nego który dopiero nastąpi. Jakby poli­tyka jed­nego dziecka została znie­siona tylko po to, aby wypeł­nić puste prze­strzenie przedmieść. Dopiero bli­żej cen­trum siatka się zapeł­niała. Miesz­kalne, iden­tyczne wie­żowce wyko­rzy­stują każdy kawa­łek gruntu do cna. Łatwo poznać czy miesz­ka­nia się sprze­dały, bo okna tych zamiesz­ka­łych strze­gły sta­lowe kraty. Może Chiń­czycy też mają powie­dze­nie, że „Strze­żo­nego Pan Bóg strzeże”, bo kraty zasła­niały widok nawet na ostat­nich pię­trach.

Hail z Guilinu też ma pro­blem ze swoim miesz­ka­niem. Teraz mieszka w wynaj­mo­wa­nym, a to które kupił, chciałby wyna­jąć. Nie­stety zmarł mu bli­ski czło­nek rodziny i nie może iść do swo­jego miesz­ka­nia. Przy­niósłby złą ener­gię a wtedy na pewno nie uda­łoby mu się miesz­ka­nia wyna­jąć. Wiara w prze­zna­cze­nie albo los deter­mi­nuje w Chi­nach życie. Moment zaj­ścia w ciążę, wybór imie­nia dla dziecka, pod­ję­cie waż­nych decy­zji, a nawet miej­sce pochówku. Wszyst­kie decy­zje można skon­sul­to­wać z mistrzem Feng Shui, wyli­czyć, a losowi pomóc. Warto zadbać o duchy przod­ków, aby zjed­nać sobie ich wspar­cie. Mogłoby się wyda­wać, że życie prze­cięt­nego Chiń­czyka jest na pozór pro­ste, spę­dzone na pracy, nauce albo z nosem w tele­fo­nie jed­nak bogac­two tra­dy­cji, prze­są­dów i zwy­cza­jów dodaje mu głębi. Nie zmie­niła tego współ­cze­sna tech­no­lo­gia ani zapędy komu­ni­stów prze­mocą tępią­cych reli­gię i „zabo­bony”.

Sza­le­nie trud­nym zada­niem jest pozna­nie współ­cze­snych Chin. To kraj cią­głych zmian, meta­mor­foz, imple­men­ta­cji nowych pomy­słów. Im dłu­żej w nich prze­by­wamy, tym wię­cej rodzi się pytań, a coś co wyda­wało się zro­zu­miałe wcze­śniej, prze­staje być tak kla­rowne. Wiemy, że nic nie wiemy. Może wła­śnie w tym tkwi piękno tego kraju; w sma­ko­wa­niu kul­tury, tra­dy­cji jak i uczest­ni­cze­niu w pro­ce­sie prze­mian.

Jesz­cze jedna ważna nauka dla Europy pły­nie z Chin. Wkrótce ten kraj będzie naj­po­tęż­niej­szą gospo­darką na świe­cie. Jego bogac­two i dobro­byt jest wyni­kiem pracy zespo­ło­wej całego narodu i cen­tral­nie zarzą­dza­nej gospo­darki. Jeśli chcemy być obecni na nowej mapie świata to musimy pie­lę­gno­wać naj­waż­niej­szą euro­pej­ską war­tość – inte­gra­cję ponad podzia­łami.

Co myślisz?

© 2018 Przed namiSkontaktuj się z nami