Kazachstan

Z perspektywy jednego miasta

8 grudnia 2018/Kazachstan

Kazach­stan jest olbrzymi. Gdyby w jego gra­nice zapa­ko­wać pozo­stałe kraje przez które prze­je­cha­li­śmy to zmie­ści­łyby się wszyst­kie post-sowiec­kie repu­bliki. Tyle jeśli cho­dzi o roz­miar. Gdy spoj­rzymy na inną mapę, bar­dziej szcze­gó­łową to zoba­czymy, że atrak­cji tury­stycz­nych, par­ków naro­do­wych i miast jest tu nie­wiele. Jeśli już są atrak­cje, to dla pasjo­na­tów. Mia­sta duchów, miej­sce gdzie testo­wano bomby ato­mowe – Semi­pa­la­tinsk, albo kosmo­drom Baj­ko­nur. Kazach­stan na mapie jest wiel­kim, żół­tym plac­kiem. W rze­czy­wi­sto­ści to ide­al­nie pła­ski, pustynny ste­pem z kil­koma pasmami gór na połu­dnio­wym wscho­dzie. W lecie wszystko wypala nie­mi­ło­sier­nie gorące słońce, zimą przy­cho­dzą czter­dzie­sto stop­niowe mrozy.

Przy­jeż­dzamy do Kazach­stanu w poło­wie listo­pada. Wszystko już pokrył pierw­szy śnieg, a po ste­pie hula zimny wiatr. Spóź­ni­li­śmy się. Sezon rowe­rowy się skoń­czył. A przy­naj­mniej ten czas, kiedy jazda na rowe­rze spra­wiała przy­jem­ność. Teraz to walka z naturą. Dło­nie wycią­gnięte do przodu i zaci­śnięte na kie­row­nicy szybko mar­zną, a wiatr wśli­zguje się z łatwo­ścią pod koł­nierz kurtki pochy­lo­nego rowe­rzy­sty. Śnieg na nie­po­so­lo­nym i nie­od­śnie­żo­nym asfal­cie został ubity przez samo­chody i tiry na twardą war­stwę niczym lukier na cie­ście. Nie jest bez­piecz­nie, nie jest łatwo. Na szczę­ście są pomocni ludzie. Już od gra­nicy z Kir­gi­sta­nem mamy pro­po­zy­cję podwie­zie­nia. Wik­tor aku­rat zawiózł rano trans­port zaba­wek do Bish­keku i wraca pustym samo­cho­dem dostaw­czym. Wpraw­dzie nie jedzie do samych Ałmat, ale prze­wozi nas przez gór­ską prze­łęcz, która błysz­czy w słońcu od lodu pokry­wa­ją­cego asfalt. Do samego mia­sta dojeż­dzamy o wła­snych siłach, trzę­sąc się z zimna znaj­du­jemy naj­tań­szy hostel przy dworcu.

Prze­wrotne pyta­nie. Jak zwie­dzić olbrzymi Kazach­stan bez wyjeż­dza­nia z Ałmat? Naj­ła­twiej pozwo­lić miesz­kań­com nam o nim opo­wie­dzieć.

Urok naj­tań­szego hostelu w mie­ście jest taki, że nie zatrzy­mują się tam tury­ści. Ma bez­na­dziejne opi­nie w inter­ne­cie. Za to jest swoj­sko, gdyż miesz­kają tam ludzie któ­rzy przy­je­chali do mia­sta z pro­win­cji szu­kać pracy. Doba hote­lowa trwa do 18stej i o tej godzi­nie zaczął się dra­mat wyrzu­ca­nych ludzi, któ­rzy nie zaro­bili na kolejną noc. Jest gwarno, życie toczy się w kuchni, gdzie miesz­kańcy gotują wie­czorne posiłki. Poznany w kuchni chło­pak opo­wiada nam o swo­jej pracy ochro­nia­rza. Pra­cuje trzy doby pod rząd, napę­dza­jąc się spraw­dzo­nym lekiem z apteki. Pie­nią­dze są małe, ale on ma nadzieję szybko się wzbo­ga­cić. Opo­wiada nam histo­rię czło­wieka, który wzbo­ga­cił się nosząc przy sobie spe­cjalny amu­let. On już taki zamó­wił, nam też szcze­rze go pole­cał. Można zamó­wić przez inter­net. Oba­wia­li­śmy się, że zamó­wimy nie­wła­ściwy.

Ałmaty ma jasny podział. Całe mia­sto leży u podnóża gór. Jadąc od dworca pniemy się powoli pod górę do cen­trum. Pną się też ceny wynajmu, sowiec­kie bloki ustę­pują miej­sca nowo­cze­snym wyso­ko­ściow­com. Każdy chce miesz­kać z wido­kiem na góry, nie wszy­scy sobie jed­nak mogą pozwo­lić na taki kom­fort. Kolejne kilka dni prze­miesz­kamy na 17 pię­trze. Mat­thew, który nas gościł, jest doświad­czo­nym rowe­rzy­stą. Przez 4 lata obje­chał świat. Pew­nie dzięki temu jest wyro­zu­miały, gdy cze­ka­jąc na paczkę z zapa­so­wymi czę­ściami do rowe­rów, musimy prze­dłu­żać nasz pobyt o kolejne dni. Mat­thew uczy w pry­wat­nej, eli­tar­nej szkole. Więk­szość przedmio­tów jest wykła­dana w języku angiel­skim a nasz gospo­darz uczy mate­ma­tyki. Semestr zajęć kosz­tuje tyle, co naj­droż­sze szkoły w War­sza­wie. Mat­thew odkłada pie­nią­dze, aby za parę lat wró­cić do Anglii i kupić sobie dom.

Histo­ria trza­ska­ją­cych drzwi. Codzien­nie rano, kiedy Mat­thew wycho­dził do pracy o 7.30 ze swoim rowe­rem, drzwi zamy­kały się za nim z gło­śnym trza­skiem. Nie posą­dza­li­śmy Anglika o zło­śli­wość lub nie­uprzej­mość, drzwi miały nie­for­tunny sys­tem zamy­ka­nia a sze­roki kory­tarz potę­go­wał hałas. Pew­nego dnia zaga­dał nas sąsiad i zapro­sił do swo­jej daczy na spró­bo­wa­nie wina wła­snej pro­duk­cji i bie­siadę. Zapro­sił jesz­cze paru zna­jo­mych, żona przy­go­do­wała szasz­łyki, wino lało się bez końca. Jak się póź­niej dowie­dzie­li­śmy w roz­mo­wie to wła­śnie hała­śliwe zacho­wa­nie było powo­dem zapro­sze­nia. Kaza­cho­wie woleli się zaprzy­jaź­nić z nadzieją że sąsiad okaże im wię­cej sza­cunku o poranku niż żyć w cichej nie­na­wi­ści.

W poło­wie naszego pobytu w Ałma­tach posta­na­wiamy dowie­dzieć się wię­cej o Kaza­chach. Prze­pro­wa­dzamy się do Altiara, który mieszka ze swoją mamą. Mama jest rodo­witą Kazaszką jed­nak ze strony ojca w Altia­rze pły­nie etiop­ska krew. Oby­dwoje są nauczy­cie­lami, dla­tego nasze wie­czory przy kuchen­nym stole są dłu­gimi lek­cjami o kul­tu­rze i tra­dy­cjach. Snują opo­wie­ści o wielu ple­mio­nach z któ­rych wywo­dzą się Kaza­cho­wie (sami byli Naj­ma­nami). O róż­ni­cach w ich tem­pe­ra­men­cie i zwy­cza­jach. Słu­chamy o tym jak istotne są więzi rodzinne. Kaza­cho­wie znają swoje drzewo gene­alo­giczne do 7 poko­leń wstecz a rola star­szy­zny w rodzi­nie jest bar­dzo istotna. Naj­starsi człon­ko­wie rodu służą radą, zbie­rają się, aby roz­strzy­gać rodzinne kon­flikty i dbać o życie w zgo­dzie. Mogą poro­zu­mie­wać się bez słów; gesty, przy­pad­kowe na pozór wizyty, meta­fory, wszystko ma zna­cze­nie. Nawet śmierć rodzi­ców jest prze­ka­zy­wana w poetycki spo­sób; śmierć matki – „nie możesz już wejść do lasu” i ojca – „nie masz już widoku na góry”. Tak jak w spo­łecz­no­ściach islam­skich, poślu­biona żona przecho­dzi do domu męża (po wystaw­nym i kosz­tow­nym weselu) i staje się odpo­wie­dzialna za obsługę domu. Ich pier­wo­rodne dziecko jest „podar­kiem” dla rodzi­ców męża. Eme­ry­to­wani teścio­wie zajmą się wycho­wa­niem wnu­ków, prze­ka­za­niem tra­dy­cji rodu i pamięci o przod­kach. Obda­ro­wy­wa­nie się nawza­jem jest waż­nym ele­men­tem spa­ja­ją­cym spo­łe­czeń­stwo. Jest też grą; można się licy­to­wać, ile jesteś w sta­nie zapła­cić za infor­ma­cję którą mogę Tobie prze­ka­zać? My bez żad­nej licy­ta­cji gotu­jemy obiad dla gospo­darzy, napra­wiamy maszynę do szy­cia, a oni obda­ro­wują nas cie­płymi skar­pet­kami na dal­szą drogę.

Altiar wychwala dobro­byt Kazach­stanu. Zga­dzamy się, że Ałmaty jest głów­nym mia­stem Azji Cen­tral­nej i tu współ­cze­śnie spo­ty­kają się szlaki han­dlowe z Chin, Rosji i Per­sji. Zboże, węgiel, metale, nowe tech­no­le­ogie, sys­tem ubez­pie­czeń spo­łecz­nych, nowo­cze­sne szpi­tale. Kazach­stan zdaje się być kra­jem dobro­bytu w jego sło­wach. Dopiero spo­tka­nie z pol­ską nauczy­cielką i jej spoj­rze­nie z na kraj z per­spek­tywy obco­kra­jowca burzy ten obraz. Zasta­na­wiamy się wspól­nie czemu wszy­scy pra­cow­nicy admi­ni­stra­cji i nauczy­ciele muszą posia­dać konto w pań­stwo­wym banku albo czemu więk­szość miesz­kań­ców dora­bia jako pry­watne tak­sówki?

Wra­camy spo­wro­tem do Mat­thew. Za oknem auto­busu widać ośnie­żone góry. Zaczął się sezon nar­ciar­ski, w skle­pach spor­to­wych, w któ­rych na próżno szu­kamy zapa­so­wych czę­ści rowe­rowych, ludzie ostrzą kra­wę­dzie nart albo wypo­ży­czają łyżwy. Jest gdzie jeździć. Dwa duże ośrodki nar­ciar­skie na zbo­czach 4-tysięcz­ni­ków i Medeu – naj­więk­sze w Związku Radziec­kim lodo­wi­sko przy­cią­gają nie tylko miej­sco­wych. Dla odmiany latem mia­sto staje się przy­ja­zne pie­szym i rowe­rzy­stom. Jan Gehl, duń­ski spe­cja­li­sta od prze­strzeni publicz­nych, prze­pro­jek­to­wał regu­larną siatkę ulic w pie­szo-rowe­rowe bul­wary a dla auto­bu­sów wydzie­lił buspasy.

Przez ostat­nie kilka godzin oglą­damy Kazach­stan z okien auto­busu. Wpraw­dzie zapa­sowe czę­ści dotarły i rowery przy­go­to­wa­li­śmy do dal­szej drogi jed­nak sro­gie fronty atmos­fe­ryczne z pół­nocy zbi­jają tem­pe­ra­turę do -13 stopni w dzień. Ciężko było także zapla­no­wać wyjazd. Auto­bus do Chin miał odje­chać pod warun­kiem zebra­nia się wystar­cza­ją­cej ilo­ści pasa­że­rów. Codzien­nie dzwo­ni­li­śmy, aby się dowie­dzieć że to jesz­cze nie ten dzień. Osta­tecz­nie w mroźną sobotę w pięć osób odjeż­dzamy z dworca, jest kame­ral­nie i nie ma pro­blemu z zabra­niem rowe­rów i sakw. Tak wyglą­dała ofi­cjalna wer­sja gdyż parę kilo­me­trów za dwor­cem auto­bus staje aby dobrać kolej­nych, nie­ofi­cjal­nych pasa­że­rów. Panie w śred­nim wieku jak i męż­czyźni z wiel­kimi pudłami. Przez ponad 25 godzin jazdy obser­wu­jemy i dopo­wiadamy sobie ich histo­rię. Panie prze­my­cają biżu­te­rię, pano­wie tajem­ni­cze paczuszki, które upy­chają w kątach auto­busu albo pro­szą nas o wzię­cie przed gra­nicą. Nasz auto­bus zosta­nie jesz­cze wiele razy skon­tro­lo­wany w Chi­nach, ale to już zupeł­nie inna histo­ria.

Co myślisz?

© 2018 Przed namiSkontaktuj się z nami