Turkmenistan

Kraj despoty estety

23 października 2018/Turkmenistan

Zaczęło się od zdobycia wizy. Niby są ambasady i konsulaty Turkmenistanu, ale żadne z nich nie ma siły sprawczej. Aplikacja wizowa jest wysyłana do stolicy – Aszchabadu i po 10 dniach można liczyć na odpowiedź. Pozytywną, negatywną albo czekać dalej. Nie ma w tym żadnej reguły ani antypatii do konkretnych narodowości. Po prostu albo się dostaje wizę albo nie. Możliwe też, że sekret tkwi we własnoręcznie napisanym liście z prośbą o przejazd przez kraj. Ładne pismo, słowa wytrychy. Nie jedziemy „Szlakiem Jedwabnym” tylko „Wielkim Szlakiem Jedwabnym” i nie chcemy przejechać przez „Wasz kraj” tylko przez „serce szlaku”. Właśnie w roku 2018 takimi słowami strona ambasady zaprasza w odwiedziny i podkreśla znaczenie kraju na tej historycznej drodze.

Granica jest wyjątkowo nowoczesna. Lubią tu nowinki techniczne. Biały panel z kamerą podpowiada jak ustawić się do zdjęcia. „move back”, „get closer”. Skanery odcisków palców i skanery bagażu. Duża skrupulatność. A co to? A ile dolarów macie? W tej skrupulatności prym wiodą podrostki w mundurach, nadgorliwie wykonując swoją pracę chcąc wykazać się przed przełożonymi. Może droga wojskowa jest najszybszą dźwignią w pozycji społecznej i gwarancją na lepsze życie?
Kiedy zostawiamy za plecami marmurowy budynek przejścia granicznego naszym oczom ukazuje się pospolite życie mieszkańców w przygranicznym miasteczku. Chaotycznie rozsypane małe domki z jednokolorowymi, zielonymi dachami. Pusto. Kilka psów jeszcze za nami pobiegnie, kiedy będziemy oddalać się dziurawą drogą.

Tu popełniliśmy błąd. Aby zaoszczędzić 30 km wybraliśmy drogę mniej uczęszczaną. Wprawdzie zapytaliśmy paru mieszkańców, co nas czeka. Miały być tylko dziury. Nie połączyliśmy faktów; droga biegnie przez farmy, przy drodze są kanały melioracyjne, niedawno padało. Traktory i bydło zniszczyły asfalt i naniosły błoto. Dla rowerów błoto jest niemiłosierne. Przykleja się, blokuje koła, ciąży. Brudny rower i brudne buty brudzą ubrania. Kiedy przychodzi noc nie pozostaje nam nic innego jak rozbić namiot w błocie.

Kiedy w końcu docieramy do głównej drogi robi nam się wstyd. Wszyscy mieszkańcy są bardzo elegancko ubrani. Mężczyźni w białych koszulach i butach w szpic. Marynarki albo skórzane kurtki. Kobiety noszą kolorowe suknie i nakrycia głowy dopasowane kolorystycznie do sukni. Szybko odkrywamy wzór, który się z tym kryje. Eleganccy są nie tylko dorośli, ale także uczniowie. Nawet najmłodsi muszą zakładać do szkoły białe koszule a dziewczynki zielone sukienki w kolorze flagi. To taka wymuszona estetyka. Nam też udaje się znaleźć myjnię, umyć rowery, sakwy, przebrać się w „ładne” ubrania. Dumnie możemy wjechać do Mary – drugiego największego miasta w kraju.

Miasto które chciałoby być duże i ważne. Szerokie ulice wydzielają wielkie kwartały. Tylko budynków mało, bo nie ma dla kogo i po co budować. Samotnie stoi bank na wielkim placu, smutny hotel z pogaszonymi światłami zajmuje inną działkę. Pytamy się o najtańszy nocleg. Oficjalnie nie ma takiego, bo ceny dla obcokrajowców są ustalone odgórnie. Pani recepcjonistka bezradnie się uśmiecha pokazując złote zęby. 55 dolarów za dwie osoby. Wszędzie ta sama cena. Dopiero w przydworcowym, skromnym hotelu pijany gość wywiera presję na stróżu nocnym i dostajemy cenę dla lokalnych. 50 manat – 3 dolary.

Przez dwa kolejne dni w pośpiesznej drodze możemy oglądać życie mieszkańców kraju. Jest nieśpiesznie, spokojnie. Spokoju nie mącą zagraniczne media i wieści ze świata. Wszystko jest skrupulatnie cenzurowane. Choć dziesiątki anten satelitarnych na dachach wyciąga talerze, aby złapać rosyjską telewizję.
Za miastem jest pustynia. Taka klasyczna, z ładnym złotym piaskiem i wielbłądami. Przyjemnie jest nacieszyć oczy tak spokojnym widokiem. Co jakiś czas nad naszym bezpieczeństwem czuwają policjanci na posterunkach, rutynowo kontrolując przejeżdżające samochody.

Docieramy do ostatniego miasta. Turkmenabad. Znowu jest na bogato. Białe budynki z zielonymi dachami. W zachodzącym słońcu mienią się złote dekoracje budynków, plastikowe lwy na moście, albo pomniki prezydenta. Dla nas to kolejne wyzwanie, aby znaleźć tani nocleg. Poznany po drodze lokalny rowerzysta –  Magommed postanawia nam pomóc. Krążymy po ciemnym mieście, czasem jadąc pod prąd albo przecinając skrzyżowania na skos. Ulice są tak szerokie, że mało kto trzyma się swojego pasa. Po porażkach w oficjalnych hotelach nasz nowy kolega dzwoni do swojego dziadka – wojskowego szychy, który podobno wszystko wie. Dostajemy namiary na hotel dla oficerów. Tu nikt nie chce dolarów, obiekt wojskowy rządzi się swoimi prawami. Jest tanio a chłopak, który nam pomógł wraca jeszcze po godzinie przywożąc nam Pepsi i ciasto na kolację. Dodatkowo obdarowuje nas tajemniczymi ziołami na przeziębienie i obcinaczką do paznokci.

Turkmenistan nie odkrywa przed nami łatwo swoich tajemnic. Pięciodniowa wiza pozwala tylko w tranzycie przejechać 500km po kraju, który jest 1,5 razy większy od Polski. W internecie można przeczytać o państwie totalitarnym, stworzonym przez poprzedniego prezydenta, który nazwał siebie „ojcem wszystkich Turkmenów”, zapewnił sobie dożywotnią kadencję. Był despotą-estetą. Wyłożył stolicę marmurami, a wszystkie miasta rozświetlił blaskiem słońca odbijającego się od złotych pomników jego samego. Całości dopełniają soczyste kolory ubrań kobiet. Obecny prezydent wprawdzie nie stawia sobie już pomników, ale też nie dąży do radykalnych zmian. To kraj, który cieszy oczy. A cicha, wszechobecna pustynia pozwala na spokojną kontemplację tych obrazów.

Co myślisz?

© 2018 Przed namiSkontaktuj się z nami